Zakład fotograficzny pani Celiny Osieckiej

celina_osiecka_01

Gabloty na rogu ulicy Francuskiej i Zwycięzców wyglądają, jakby były niezmieniane od dziesięcioleci – czarno-białe fotografie do dokumentów i dyplomów przypięte szpilkami do pożółkłego styropianu, “porecelanki” z portretami starszych osób, “pocztówki” z uśmiechniętymi paniami pozującymi w towarzystwie piesków. Zakład fotograficzny działa w tym miejscu od 1975 roku, a zdjęcia w gablocie – wbrew pozorom! – są regularnie wymieniane. Pani Celina Osiecka, fotografka i właścicielka zakładu, zgodziła się opowiedzieć nam o swojej pracy, którą rozpoczęła i bez zmian kontynuuje od 1962 roku. Nadal wykonuje fotografie wyłącznie czarno-białe, które ręcznie retuszuje miękkim ołówkiem. Negatywy przechowuje w pudełkach oznaczonych literkami. Aparatem cyfrowym fotografuje na swoje potrzeby, w zakładzie, dla klientów – nigdy.

Wspomnienia pani Celiny Osieckiej:

Fotografią pasjonuję się od 1962 roku. Uczyłam się w zakładzie fotograficznym w Alei Niepodległości – w zakładzie, który prowadzony był na takich samych zasadach, na których ja prowadzę mój zakład. Po czterech latach zaczęłam pracować samodzielnie, w zakładzie na rogu Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej. Tam robiło się „zdjęcia w 3 minuty” – to był jeden z bardziej znanych zakładów, który jak na tamte czasy, robił fotografie rzeczywiście bardzo szybko. No, nie w trzy minuty, troszkę dłużej, ale to tak się mówiło. Jak się to robiło? A więc aparaty miały wkładkę, wkładało się kliszę i wywoływało w szybkich wywoływaczach, suszyło się szybciutko i gotowe. Potem mój szef przeniósł się na Jana Pawła, wtedy to była Marchlewskiego, tam pracowałam do… O nie! Tak blisko pani mnie fotografuje? Jak to wyszło? Oj, ja nie jestem fotogeniczna, bardzo nie lubię zdjęć! Tam pracowałam do 1968 roku, a później zaczęłam pracować na własną rękę, na Zwycięzców 13.

Prowadziłam zakład w mieszkaniu, które miało 56 metrów – jeden pokój był wydzielony na zakład, ciemnia była zrobiona ze spiżarni, a suszenie było w kuchni. Sześć lat tak pracowałam, aż przyszła do mnie komisja z gminy – gdy te dwie panie zobaczyły, w jakich warunkach ja mieszkam i pracuję, udostępniły mi ten lokal, w którym wcześniej mieścił się zakład szklarski. Tu jestem i pracuję od 1975 roku.
Miałam pracowników, miałam uczniów, ale teraz jest już coraz mniej w tym zawodzie potrzeb, więc muszę sama to prowadzić. Zakład mam wykupiony, więc jego utrzymanie to nie jest taki duży koszt i jakoś się utrzymuję z tego.

celina_osiecka_02

Z tą gablotą to nieraz tak bywa, że ktoś ma jakieś spotkanie intymne i przychodzi z dziewczyną zrobić sobie zdjęcie. Tak jako taka randka. No i raz przyszedł pan ze zdjęcia i mówi: „proszę pani, proszę natychmiast zdjąć te zdjęcia, bo ja żona zobaczy….”. Bo ja się na ogół nie pytam o wieszanie zdjęć w gablocie. Chyba, że ktoś wyraźnie zaznaczy. O, na przykład ostatnio miałam sytuację, że przyszedł do mnie pan Żebrowski, Michał Żebrowski. Robiłam mu zdjęcie, a on zaznaczył: „proszę pani, tylko proszę mnie nie wystawiać, ja kiedyś do pani przyjdę jeszcze raz, jak będę lepiej wyglądał”. A wyglądał bardzo ładnie, no ale skoro zaznaczył, to nie mogę wystawić. Zmieniam te zdjęcia w gablocie, jak uzbieram nowe – a to trwa. Ale zmieniam też jak mam coś ciekawego. Na przykład ostatnio była Małgorzata Socha – najpierw robiła sama, do dowodu, a ostatnio z mężem i z dzieckiem. I chcę wystawić taką płytkę z nimi.
W gablocie są też amatorskie zdjęcia klientów – jak widzę, że coś ciekawego sfotografowali, to powiększam i wystawiam. Nie, nie pytam o to, czy mogę. Raczej są zadowoleni. Ale gdyby ktoś poprosił, żeby zdjąć, to pójdę i zdejmę. Są też tacy klienci, którzy od razu zaznaczają, że nie chcą. Ale raczej się cieszą – zwłaszcza dzieci małe, pytają: „proszę pani, czy ja będę na wystawie?”. To jest trochę frajdy dla dzieci.

Fotografia kolorowa zaczęła się około 1965 roku. Mój szef nawet robił album dla papieża, w kolorze. Ale ja nigdy nie robiłam kolorowej. Kiedyś ta technika była owiana tajemnicą, tego się nie ujawniało, to nie było udostępnione dla wszystkich. Wtedy była też bardzo droga, no teraz to już są maszyny.
Cyfrowa fotografia też mnie nigdy nie kusiła. Nie raz przychodzą tutaj klienci, na przykład taki pan z Ameryki i mówi: „proszę pani, ja z panią będę współpracował, tylko jak pani przejdzie na cyfrowe”. A ja – nie. Twardo. Jak zacznę robić i to, i to to nie będzie jakoś, tak myślę, oryginalnie. Chociaż tracę na tym, bo dużo klientów potrzebuje takie zdjęcia cyfrowe, takie na nośnikach, z tego… pendrive’a. Poza tym, gdybym zaczęła robić jedno i drugie, to coś myślę, że z czarno-białej bym zrezygnowała, bo tamte są łatwiejsze.
Papierów używam Fomy. A filmów Ilforda. Kiedyś były Orwo. I chemia też. A papiery polskie, z Bydgoszczy. Ale teraz już jej nie ma. I te papiery teraz, są trochę gorszę. Nie trzeba suszyć, to prawda, ale gdy są na słońcu dłużej, to się marszczą, niszczą, emulsja schodzi. Więc ja co jakiś czas te zdjęcia w gablocie muszę zmienić. Kiedyś miałam Prakticę Six, a teraz Pentacon Six. Tnę kliszę na kawałki – w ciemni zdejmuję i zakładam. Obcinam kliszę i wołam zaświetlony kawałek, a to co zostaje, dalej przesuwam.

Ten zawód wymaga wyczucia estetyki, wydobycia z człowieka tego, co w nim najlepsze, ale też punktualności – dużo zakładów pada, bo ludzie nie potrafią utrzymać dyscypliny. Nie potrafili na czas zrobić zdjęć. A kiedyś to wszystko było „na tempo” – zdobyć paszport czy wycieczkę nie było tak łatwo. Trzeba było walczyć o to wszystko. Trzeba być słownym dla klienta. Bo raz czy drugi się nie dotrzyma terminu i klient już nie wróci. Raz nie zrobiłam zdjęcia na czas, bo przyszła do mnie znajoma – a ja miałam zakład w domu. No i coś tam musiałam wymyślić, aby się wytłumaczyć klientowi, bo przecież mu nie powiem, że kawkę piłam ze znajomą i dlatego nie zrobiłam. A on poprosił książkę życzeń i zażaleń i się wpisał. I jeszcze podpisał się na tej skardze „profesor doktor habilitowany”. Jak ja się zaczęłam potem śmiać! Że tyle tytułów do zwykłej skargi. Po to też był cech – aby bronić przed wpisami – i to cech odpisywał na takie skargi.
Co lubię w tej pracy? No wszystko. Mnie nie męczy, że fotografuję, że potem muszę iść do ciemni. Lubię całą obróbkę. Ale też muszę to zrobić.
Najszybciej robię zdjęcia z dnia na dzień, a jeżeli z retuszem to 2-3 dni. Kiedyś robiłam bardzo szybko, ale teraz już mi się tak nie chce.
Na dyplom mistrzowski fotografowałam kryształ, który bardzo trudno było zrobić, ale zrobiłam. Potem sześć jednakowych zdjęć portretowych dziecka. A na koniec architekturę, w plenerze – na Starym Mieście fotografowałam. Mam w albumie, oprawione.

Wykorzystano fragmenty art. towarzystwa inicjatyw twórczych ę –  „Pani Celina Osiecka – ostatnia taka fotografka” i zdjęcia: Maciej Stankiewicz (x2) oraz towarzystwo inicjatyw twórczych ę (x1).