Bar Gocławski – Andrzej Nestoruk

QBA_3557

Bar Gocławski położony jest przy ulicy Płowieckiej 5b. Założył go Stanisław Nestoruk w 1956 roku. Lokal wciąż jest w rękach rodziny. W latach sześćdziesiątych prowadził go pan Zbigniew syn założyciela a od 1977 aż do dzisiaj pan Andrzej Nestoruk – wnuk. I nie jest to koniec rodzinnej tradycji – synowie pana Andrzeja pomagają tacie prowadzić bar i wszystko wskazuje na to, że za jakiś czas przejmą rodzinny interes.

Od ponad 60 lat specjalnością zakładu są flaki i golonka. Na flaczki – flagowe danie baru gocławskiego przyjeżdżają smakosze kuchni warszawskiej z całej stolicy.

QBA_3550

O barze

Moi dziadkowie mieszkali przed wojną przy Czerniakowskiej 140. Dziadek przyjechał z Międzyrzecza Podlaskiego babcia urodziła się w Warszawie. Podczas kampanii wrześniowej kamienicę spustoszyła bomba. Dziadkowie cudem ocaleli. Z Czerniakowa przenieśli się w te okolice, na ulicę Marsa – bo tu mieszkała rodzina babci.

Dziadek przed wojną prowadził przedsiębiorstwo taksówkowe. Miał pięć samochodów – to były dobre maszyny – niemieckie Ople. W trakcie okupacji 3 taksówki zarekwirowali Niemcy, pozostałe zajęli później Rosjanie. Po wojnie dziadek najpierw jeździł na taksówce, później kupił parcelę przy Płowieckiej 5b i zaczął budować dom.

Bar założył dziadek – w marcu 1956 roku. Tu wtedy w okolicy było tylko kilka domów murowanych ale za to przy placu Szembeka w środy i piątki był targ. Handlowano bydłem, płodami rolnymi, czym się dało. A po targu to wiadomo, trzeba było zjeść coś ciepłego, opić ubity interes, napić się wódeczki.

Kiedyś to był inny charakter pracy, była garmażerka, był alkohol. Główna sala była na piętrze. No i w te środowe i piątkowe popołudnia ruch był największy. W ogóle to ruch był duży i w inne dni. Lokali nie było tyle co dziś.

W okresie PRL-u konkurowaliśmy z handlem uspołecznionym, który miał zdecydowanie łatwiej w temacie zaopatrzenia. Paradoksalnie lata 50-te, początek 60-tych nie były takie złe dla prywatnej gastronomii. Wiele produktów kupowało się bezpośrednio od producentów, albo jeździło na bazar Szembeka czy Różyckiego do ówczesnych hurtowników. Pamiętam pana Pawłowskiego, który na bazarze Różyckiego sprzedawał w tamtych latach ryby i raki. To było dość malownicze, bo trzymał je w wannach. W latach 60-tych zaczęto wprowadzać tzw. „przydziały”. Należeliśmy do Zrzeszenia Prywatnego Handlu – od nich dostawaliśmy „kwit”, z którym trzeba było udać się do specjalnego sklepu gdzie po okazaniu przydziału kupowaliśmy towar. Mięso kupowaliśmy wtedy w sklepie na Pięknej, kawę na ulicy Prądzyńskiego. Najgorzej wspominam okres stanu wojennego i wprowadzenie „kartek”. To była loteria, nigdy nie było wiadomo czy coś się dostanie. Rozluźnienie przyszło w latach 90-tych. Wtedy można już było kupować mięso bezpośrednio od zakładów mięsnych. W okresie PRL-u to było nie do pomyślenia. Wtedy te zakłady były strzeżone niczym obiekty wojskowe.

Od samego początku prowadziliśmy polską kuchnię, schabowy, ziemniaki, kapusta. No i przede wszystkim flaki. My byliśmy zawsze firmą flakową, to była nasza podstawa.

Ludzie chcieli porządnie zjeść i porządnie wypić. Nie byli dokuczliwi. Jak przyjeżdżali w kilku z jednej wsi to musieli później poluzować. A samochodów nie było. Furmanki przeważnie. Koń drogę świetnie znał, kierownicy nie potrzebował.

Dzisiaj gość jest bardziej wyrafinowany. Wymaga. Jak pierożek to jeden lubi z cebulką drugi bardziej podsmażony. A my potrafimy temu sprostać. Mamy klientów, których trzecie pokolenie do nas przychodzi. To się nazywa zaufanie!

QBA_3544

O okolicy

Ta przestrzeń przy Płowieckiej, Grochowskiej, Marsa to była tzw. Osada Gocławek. Jeszcze po wojnie większość terenów w tej okolicy była rolnicza. Tylko pustka i pola. Później zaczęto je parcelować. Kawałek stąd, na Kawęczynie były piękne stawy. Latem, w niedziele jechaliśmy się tam kąpać, odpoczywać. Teraz elektrownia stoi na tych terenach. W każdym bądź razie stawów już nie ma. Zasypano je. Szkoda bo to były piękne tereny rekreacyjne.

Przed wojną tzw. wielka Warszawa kończyła się na pętli tramwajowej tu nieopodal, a tu gdzie jest nasz Bar to już były peryferie. Kolejka wąskotorowa do Mińska tędy jeździła. A oprócz niej to przeważnie furmanki. Cały transport tak wyglądał: lory, platformy, furmanki. Jeszcze w latach 60-tych pamiętam, że beczki z piwem z browaru warszawskiego docierały do nas na platformach ciągniętych przez konie.

Tu było kiedyś przed pętlą tramwajową, przy torach, bardzo duże romskie osiedle. Mieli nawet taką fabryczkę, w której wyrabiali kotły. Mieszkał wśród nich prawdziwy król cygański – pan Brzeziński, który wraz z rodziną wyjechał do Szwecji w latach 60-tych. On się przyjaźnił z moim ojcem. Przychodził do nas do baru. Lubiłem ich, dobrze lubili pojeść, popić, pobiesiadować. Zawsze się dla nich specjalne dania przygotowywało.

A do Warszawy to się jeździło rzadko. Jak był mus. Po przydziały, po mięso do baru. A tak to nie było po co. Wszystko mieliśmy tu pod ręką. Zresztą i do dzisiaj nie lubię tam jeździć.

zdjęcią: Jakub Szymczuk, tekst: Konrad Pruszyński