Andrzej Kamiński – organmistrz

DSC_6496

Firma organmistrzowska Kamińskich powstała w 1895 roku. Założył ją Michał Kutrzyk, szwagier Zygmunta Kamińskiego, który rozpoczął u niego praktykę w 1907 roku a w 1919 w wyniku postępującej choroby Michała Kutrzyka został jej właścicielem.

Firma związana jest z Grochowem od 1928 roku, kiedy to Zygmunt Kamiński przeniósł pracownie z ul. Chłodnej na ul. Mlądzką. Po jego śmierci prowadzenie pracowni przejęli synowie: Zygmunt Władysław i Janusz Kamińscy. Po nich firmę przejął Andrzej Kamiński – wnuk założyciela.

Firma ma w swoim dorobku ponad 200 instrumentów. Między innymi w kościołach Św. Zbawiciela i Św. Aleksandra w Warszawie. Na Pradze Południe Kamińscy zbudowali organy w kościele Najświętszego Serca Marii na placu Szembeka i kościele Matki Bożej Nieustającej Pomocy przy ulicy Nobla na Saskiej Kępie. Oprócz tego firma zajmuje się konserwacją, naprawą i przebudową organów w Polsce i zagranicą.

DSC_6514

Wspomnienia Andrzeja Kamińskiego:

Mój dziadek to była postać dużego formatu, z charyzmą. Musiał ją mieć bo wszystkie pięcioro jego dzieci, pracowało później w naszej firmie budując organy.

W naszym fachu chodzi o to, żeby zapewnić kościołowi oprawę muzyczną, czyli wybudować instrument, ktróry będzie służył jako oprawa do liturgii oraz do koncertów które odbywają się poza liturgią.

Do tej pracy trzeba mieć zamiłowanie. Jeżeli ktoś chciałby zaczynać o 8 i kończyć o 16 to raczej nic ciekawego nie uda mu się zbudować. Trzeba też mieć gust muzyczny i osłuchanie z muzyką poważną.

Pracę zaczynam zawsze od zapoznania się z architekturą kościoła, jego akustyką. Muszę najpierw przejść się po wnętrzu świątyni, pośpiewać, poklaskać. Później od kubatury kościoła i możliwości finansowych parafii zależy jak duży instrument będziemy budować.

Rozpiętość rozmiarów piszczałek organowych jest ogromna. Od kilkumilimetrowych do kilkumetrowych. Takich piszczałek w jednym instrumencie znajduje się od kilkuset do kilku tysięcy. Największe organy mogą mieć i 10.000 piszczałek. Mamy tu na Mlądzkiej odlewnię czyli tzw. „gisladę”, oraz stolarnię. Wszystkie potrzebne części organów tworzymy ręcznie. Praca nad instrumentem trwa około dwóch lat. Od projektu do oddania gotowego instrumentu. Staramy się też żeby te instrumenty były trwałe i długowieczne. One i po naszej śmierci będą świadczyć o nas, o naszych umiejętnościach, naszym zakładzie.

Kiedyś żeby być organmistrzem należało być członkiem cechu. W Izbie Rzemieślniczej składało się odpowiedni egzamin, dzięki czemu można było otrzymać dyplom organmistrza i rozpocząć praktykę. Teraz organmistrzem może zostać każdy. Żaden dokument nie jest potrzebny. No i mamy tego efekty. Widziałem już organy, w których piszczałki strojono kombinerkami!

Okres PRL-u był trudny. Domiary, komplikacje ze zdobyciem materiałów, no i stosunek władz do kościoła i do inicjatywy prywatnej był, mówiąc delikatnie, niechętny. Za to zapotrzebowanie było ogromne. Zamówienia mieliśmy na lata. Teraz jest łatwiej z funkcjonowaniem za to zamówień o wiele mniej.

Ja urodziłem się tu na Mlądzkiej w zakładzie, śmieję się że urodziłem się w pracy. Zaczynałem od strojenia instrumentów, później uczestniczyłem przy odlewaniu, lutowaniu i zwijaniu piszczałek.

DSC_6478

O okolicy

Ten dom na Mlądzkiej 15 wybudował w 1929 roku mój dziadek Zygmunt Kamiński. Od tego czasu rozpoczęła się historia naszego zakładu na Grochowie. Tu wtedy praktycznie nie było zabudowań. Jakieś parterowe domki, ogródki, w których kury chodziły. Był warsztat samochodowy Fogla w pobliżu, tokarnia, nasz zakład i kilka miejsc gdzie piszczałki organowe były robione. Większe zabudowania znajdowały się bliżej Grochowskiej a tu to raczej łąki i gdzieniegdzie zabudowa jednopiętrowa. Latem dróżką między polami chodziliśmy nad Wisłę, albo na lotnisko na Gocławiu gdzie się puszczało latawce

zdjęcią: Jakub Szymczuk, tekst: Konrad Pruszyński